Nie wiem jak Wy, ale ja mam zawsze problemy z dotarciem w Tatry…
Z Krakowa jest stosunkowo blisko – ale w roku są to trzy, cztery wyjazdy plus zimowe wypady na narty. Stanowczo za mało.
W tym roku wydawało się, że już nie uda się nam zobaczyć Tatr w jesiennych kolorkach.
A tu niespodzianka – udało się! Ostatnie dni października spędziliśmy pod Giewontem. Dosłownie!
Był to tym bardziej nietypowy wyjazd, bo też prezent dla mojej mamci z okazji urodzin. Szatański pomysł – wyciągnąć starszą Panią w góry i ciągać po szlakach przez trzy dni. Mamcia jednak wróciła zadowolona i co najważniejsze – chce jeszcze!

Komfortowe domki na skraju roztoczańskiego lasu, w cichej i spokojnej okolicy pośrodku Roztocza. Idealne do aktywnego wypoczynku lub błogiego lenistwa... :)
Zobacz, zachwyć się, zarezerwuj!
Pierwszy dzień miał być typowo relaksowy. Pojechaliśmy na Gubałówkę!
Gubałówka nadaje się na lenistwo idealnie – można się opalać i gapić cały dzień na już lekko ośnieżone szczyty Tatr. Spędziliśmy tam kilka godzin na nicnierobieniu. Słoneczko świeciło, owieczki biegały i nawet przybiegł się przywitać piesek pasterski.
W tym dniu odwiedziliśmy też zabytkowy Cmentarz na Pęksowym Brzyzku. Niezmiennie mnie on zachwyca. Teraz, tuż przed Świętem Zamarłych, wyglądał naprawdę pięknie. Zabytkowe mogiły ozdobione były misternymi, ażurowymi kwiatami z drewna.
Przed kościołem widzieliśmy też góralskie wesele.
Drugi dzień – bladym świtem, czyli po 7 rano ruszyliśmy na Kasprowy. A właściwie w kolejkę do kolejki. Niestety wychodząc z mieszkania już wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie. Wiał Halny, więc kolejka nie kursowała. Zmiana planów – idziemy na Halę Kondratową.
Wiatr był momentami naprawdę silny! Na Polanie Kalatówki dosłownie tworzyły się wiry porywające suchą trawę! Pogoda była jednak fantastyczna – słońce, błękitne niebo i rdzawo żółte kolorki traw i modrzewi. Jesień w Tatrach jest zachwycająca!
I znowu dzień spędziliśmy na opalaniu. Zaraz po dotarciu do na Kondratową rozbiliśmy obóz pod ścianą schroniska. Jest to najmniejsze schronisko w Tatrach. Ja pamiętam je też z tego, że… nie ma tam nic dobrego. Tym razem szarlotki też nie było ;)
Jak widzicie wyjazd był naprawdę na lekko. Żadnych łańcuchów, klamr i zdobywania szczytów. A nawet gdyby plany były inne i tak pewnie nie odważyła bym się wychodzić wysoko przy takim silnym wietrze.
Wieczorem poszliśmy jeszcze raz na Stary Cmentarz – na światełka.
Trzeci dzień – znowu halny. A więc gwałtowna zmiana planów. Jedziemy w Pieniny! Żeby nie było nam szkoda – Tatry zasnuły się delikatną mgiełka i chmurkami. Tak wiec zaraz po 8 wyruszyliśmy zdobywać Trzy Korony ze Sromowców Niżnych. Ale o tym w następnej relacji.
Co gdzie i ile…
– fantastyczne mieszkanie w samym centrum Zakopanego (pokój max 4-5 osobowy, kuchnia + wyposażenie, łazienka) – 100/110 zł za dobę (w zależności od liczby osób) – widok na Giewont bezcenny (adres mogę podać na @) – odkrycie mojego ulubionego Braciszka Tomeczka.
– kolejka na Gubałówkę (góra/dół) – 14 zł
– zjeżdżalnia na Gubałówce 5 zł



2 komentarze
Hmmmm…. Na Kondratowej piłam najlepsza herbatę na świecie :)
Oj…
Ok – to odwołuje oszczerstwa o Kondratowej :) To teraz musimy jeszcze raz jechać, żeby też spróbować tej herbatki! Może jeszcze w listopadzie się uda? :)