Chyba większość z Was była w jakimś kraju arabskim. Tunezja, Egipt, Maroko, Turcja – wszędzie mentalność kupców wygląda podobnie. Jeśli handel – to trzeba się targować…

Lubicie to? Ja nienawidzę! Będąc w takich krajach wyleczyłam się z zakupów raz na zawsze. NIC nie chcę i NIC nie potrzebuję. Ale jeśli już coś mnie skusi – to kupuję w sklepie dla tubylców – w tzw. sklepach z miednicami!

Komfortowe domki na skraju roztoczańskiego lasu, w cichej i spokojnej okolicy pośrodku Roztocza. Idealne do aktywnego wypoczynku lub błogiego lenistwa... :)
Zobacz, zachwyć się, zarezerwuj!

Jest to naprawdę komfortowe psychicznie – arabski kupiec w takim sklepie jest tak zdziwiony, że jakiś turysta do niego zaglądnął (nie ma wszak markowych podrabianych koszulek czy torebek), że nie zdąży w nim zakiełkować myśl żeby podać nam cenę z sufitu na coś, co dla miejscowych kosztuje grosze.
Takim sposobem kupujemy najczęściej drobiazgi – przyprawy, jakieś miseczki, miejscowe kosmetyki.
Polecam też zaglądać na targi rybne i owoców. Tam też jesteśmy tylko obserwatorami – nikt nam przecież nie sprzeda świeżej ryby na obiad – co najwyżej jako ciekawostkę z dumą zaprezentuje jakiś okaz.
Podczas ostatniej wizyty w Tunezji zaobserwowaliśmy kilka schematów postępowania arabskich wybitnych specjalistów w dziedzinie handlu detalicznego.
Bo to nie wystarczy sprzedać – zwabienie do sklepiku turysty to cała sztuka i wręcz teatr subtelnych zachowań i gestów.
Kilka naszych spostrzeżeń:
– to że zaczepiają nas na ulicy – to normalne, teraz jednak część z napotkanych deklarowała się jako pracownicy naszego hotelu („Hallo – nie poznajesz mnie?” No jakże możemy nie poznać – nie możemy wszak mu zrobić przykrości i powiedzieć, że za Chiny go nie poznajemy). Jak już porozmawiamy chwilkę – nasz „dobry znajomy” z naszego hotelu, już właściwie odchodząc, jeszcze się wróci. I tak zupełnie bezinteresownie nas poinformuje że teraz w Medinie jest FESTIWAL! A jak festiwal to okazuje się, że wszystko – ale to dosłownie wszystko kupimy z rabatem 30 %! No wow! Jakie to miłe nie? No ale od czego ma się w końcu „dobrych znajomych” z naszego hotelu. A właściwie to on nas bardzo chętnie zaprowadzi do najlepszego sklepu z biżuterią – bo tam nas nie oszukają i co ważne wypiszą ważny certyfikat autentyczności precjozów. I na nic zdają się Wasze nikłe popiskiwania że właściwie to NIC nie chcemy kupić i NIC nie potrzebujemy. Bo co – ze znajomym nie pójdziecie?
W sklepie – to już typowe – siadać trzeba, wybierać trzeba i oczywiście napoją Cie też herbatką czy czym tam tylko zechcesz. Dobra metoda – klient czuje się zobowiązany – no to jak nie kupi? Musi kupić!
Jak się wykręcamy z tego interesu, jeśli dużo wcześniej tego nie zrobiliśmy? Proste – Kasi nagle robi się słabo – i to tak wiarygodnie, że biedny Marek się nawet dał nabrać i z omdlewającą miną wiejemy ze sklepu. Oczywiście idąc dalej zwiedzać. Bo przecież taki incydent nie może nam popsuć humoru (pamiętajmy o tym!) – wszak taka jest mentalność kupców.
– zupełnie rozbroiła nas operatywność pana ze sklepiku, który zobaczył, że skręcamy do kawiarenki w Sousse. Zamienił z Markiem kilka słów dochodząc do baru – a tam zamienił kilka słów z barmanem (zapewne oznajmił, że to on nas przyprowadził).

Taki drobiazg – tylko ja się dziwiłam że od 2008 roku jakoś sporo kawa podrożała. Przy następnej wizycie w tej kawiarence – bo to jedna z moich ulubionych w Sousse, zapłaciliśmy za to samo o połowę mniej… Pierwszym razem musieliśmy więc pokryć napiwek dla naganiacza…
– chyba nikt się już nie dziwi że sprzedawcy znają doskonale język polski. „Za darmo”, „dobra dobra, zupa z bobra”, „smerfetka” – na tym najczęściej kończy się ta znajomość. Jeśli jednak uda nam się jakimś cudem nie dać zwabić na magiczne „za darmo” i mijamy sklepik – już nie jest tak miło – „baba jaga” i „Gargamel”. Obrażać się? Oczywiście nie! Tym bardziej teraz, po zawirowaniach politycznych, kiedy przy takiej nikłej ilości turystów sprzedający może nie dostał wypłaty od miesiąca…
– szczególnie w Tunisie bardzo popularne jest wciąganie do rozmowy a potem zaciąganie na tarasy widokowe.
Jak się bronić? Przetestowaliśmy – to co najprostsze i najbardziej skuteczne!
Zakupy magicznej Hamsy – nie dziękujemy – już mamy!
Zaproszenie na taras – już byliśmy! A w ostateczności – Sorry, no English! Działa fantastycznie – a mina sprzedawcy – pomieszanie niedowierzania z ze współczuciem „co za półgłówki, że nawet dwóch słów po angielsku nie znają” – bezcenne!
Były też bardzo miłe momenty – kupiliśmy bułeczki od pana piekarza w piekarni, jeszcze ciepłe – oczywiście w cenie jak dla tubylców. Bardzo są też sympatyczni starsi kupcy – w sklepie z ziołami, z tajemniczymi miksturami, szyjący tradycyjne arabskie czapeczki Szaszijje.
Na koniec jeszcze przypomnę, że to była dość subiektywna ocena. Są zapewne osoby które lubią się targować i w czasie zakupów w arabskich soukach właśnie z tego maja największa frajdę.
Są też tacy, którzy tak nie lubią takich klimatów, że po jednej wizycie już więcej do takiego kraju nie pojadą i koniec.
Ja nie lubię się targować – ale jeżdżę – i pewnie jeszcze nie raz uda mi się odwiedzić Tunezję czy wreszcie Syrię czy Maroko. Ważne jednak, żeby zdawać sobie sprawę z mentalności tubylców i… nie mieć im tego za złe. Albo też, nie prowokować sytuacji w których możemy czuć się niekomfortowo czy zostać oszukani.
Druga smutna prawda to też to, że po ostatnich zawieruchach w Tunezji i innych krajach arabskich jest tam duże bezrobocie. Turystów mało, a więc też sytuacja mieszkańców żyjących głównie z turystyki nieciekawa.
Odwiedzajmy więc Tunezję – jest tam naprawdę bezpiecznie i to naprawdę przepiękny kraj.


2 komentarze
Hej Kasiu, trafiłaś w sedno. Ja właśnie z tego powodu nie chce więcej do Turcji. Pozdrawiam.
Taki urok krajów arabskich. Najgorzej chyba było w Stambule – nawet nie dało się przejść uliczką, żeby nie być zaczepionym przez sprzedawców. Natomiast Maroko wspominamy bardzo miło. Owszem: targowanie się to podstawa, ale zawsze było z uśmiechem i bez nachalności, a nawet jeśli nic nie kupiliśmy to sprzedawcy się nie obrażali tylko żegnali nas z uśmiechem :)