Home PodróżeJaponia„Kawaii” czyli jesteśmy w Tokio! – Japonia 2013 (cz. 1)

„Kawaii” czyli jesteśmy w Tokio! – Japonia 2013 (cz. 1)

by Kasia
9 komentarzy

Jednak Japonia to nie Oman i już po kilku dniach w Tokio wiedzieliśmy że nie będzie lekko… Zwiedzanie miast z dzieckiem nie jest tak relaksujące jak oglądanie przyrody w Omanie, gdzie nie do przecenienia był własny transport i pełna niezależność. Mimo wszystko Malwinka przystosowała się doskonale – zachwycona ogląda ludzi w metrze i macha do uśmiechniętych Japończyków krzyczących na jej widok „kawaii” (słodka). :))
IMG_1678
Tym razem nie będziemy odkrywać Japonii tylko we trójkę – odważyła się z nami pojechać Gosia z Dublina! Na początek zabierzemy Was do Tokio, Kamakury i Enoshimy.


Komfortowe domki na skraju roztoczańskiego lasu, w cichej i spokojnej okolicy pośrodku Roztocza. Idealne do aktywnego wypoczynku lub błogiego lenistwa... :)

Zobacz, zachwyć się, zarezerwuj!


Dzień 1 (25-26.04) – Warszawa – Doha – Tokio

Tym razem znowu lecieliśmy liniami Qatar Airways – bilety kupione oczywiście na fantastycznej styczniowej promocji.
Podróż dłużyła się niemiłosiernie – po 5 godzinach lotu Warszawa-Doha mieliśmy aż 6 godzin przerwy w Katarze. Lotnisko w Doha nie jest może najgorsze, ale daleko mu do Singapuru. Dla nas największym jego plusem jest totalna egzotyka – tutaj przesiadają się chyba wszystkie kraje arabskie i pół Azji, z całym kolorytem strojów, rysów twarzy i koloru skory.

Na lotnisku odkryliśmy, że przy czekaniu na przesiadkę ok. 6h, mamy bezpłatne jedzenie (restauracja w rogu terminalu przy sali modlitw i placu zabaw). Pan przy stoliku obok wydaje vouchera po pokazaniu karty pokładowej i w sumie nawet nie sprawdza ile czekamy na kolejny samolot (niestety gdy wracaliśmy w maju, to okazało się, że kwiecień był ostatnim miesiącem takich bezpłatnych posiłków).

Kolejny plus lotniska, to miejsca do odpoczynku – dostaje się kocyk i można się wygodnie (w miarę) wyciągnąć na leżance. Niestety jest tam dość głośno, mocne światło i klima na max – nawet kocyk nie pomagał. Drugie takie miejsce jest pomiędzy salą modlitw i restauracją – tam już jest znacznie ciszej i zgaszone światło.

Papierki potrzebne do wizy japońskiej i deklaracje celną wypełniliśmy jeszcze w samolocie. Pytania są… dziwne, łącznie z tym ile i jakie owoce wwozisz. ;)

Po wylądowaniu w Naricie nasz samolot zaparkował obok A380 – ależ to jest wielkie!!! Miał podpięte aż trzy rękawy!

Z lotniska jedziemy do hostelu K’House – kolejka + metro (ok. 80 min). Opcji dojazdu z lotniska jest kilka, my wybieramy najtańszą, zgodnie z sugestią hostelu (1060yen za osobę). Hostel bardzo czysty i przemili ludzie! Przy wejściu wita nas tabliczka z imionami osób, które danego dnia przyjeżdżają. Malwinka też zachwycona – słyszy cały czas kawaii, a dziewczyny z recepcji nie mogą się od niej oderwać… tego wieczoru wyszły do domu godzinę później niż zwykle. ;)
Pokój dostaliśmy mały ale do przeżycia – deficyt przestrzeni życiowej widać w Japonii na każdym niemal kroku. ;))

A na kolację nasze pierwsze bento i sushi z 7eleven! Przepyszne! To jednak mieli rację wszyscy Ci, którzy pisali że gotowe jedzenie w Japonii jest bardzo dobre!

Wydatki:

  • przejazd lotnisko Narita – hostel – 1060 Y za osobe
  • zakupy spożywcze – 2131 Y
  • Hostel – 3 noce, 3 osoby – 29700 Y
  • kaucja za wtyczkę w hostelu – 1000 Y

Dzień 2 (27.04) – Tokio

W hostelu jest cala masa przydatnych informacji – gdzie jeść, pić, co zwiedzać i o aktualnych atrakcjach w mieście. Dzięki temu idziemy na festiwal sumo – spacerkiem z hostelu. Zawodników na arenie wprawdzie nie widzieliśmy, ale samą arenę tak. No i jemy zupkę miso nalewaną przez sporych panów w kimonach.

Pierwsze wyjście na Japońską ulice jest juz zaskakujące – tutaj jeżdżą zupełnie inne samochody niż u nas! Domy tez są specyficzne – głównie ze względu na bezpieczeństwo w czasie trzęsień ziemi.


Idąc spacerkiem ze stadionu sumo zaglądamy do małego parku i na market rybny. Ale tam ciekawie jest chyba tylko jak załapie się rano na wejściówkę na licytację tuńczyków (wchodzi tylko 120 osób). Można też pochodzić po budkach z jedzeniem. Nie byliśmy jednak głodni i poszliśmy do parku Hama Rikyū. Niestety po kwitnących wiśniach ani śladu. Niektóre drzewa miały już owoce. Ale kwitły piwonie, azalie i irysy. Pyszne lody – z Oreo i zielone z… cóż, mamy nazwę po japońsku, a zapytany Pan tłumaczył nam pokazując na trawę. ;))


Z parku płyniemy na krótką wycieczkę stateczkiem – widoki na mosty, wieże i śmieszny budynek z płomieniem na dachu. Wysiadamy w dzielnicy Asakusa tuż obok świątyni Sensōji, czyli największej świątyni buddyjskiej w Tokio. Znajduje się tam złoty wizerunek Kannon, buddyjskiej bogini miłosierdzia.


Przy świątyni tłumy, a my byliśmy okropnie głodni. Niestety o głodzie strasznie kiepsko się zwiedza. To chyba najmniej wyeksplorowana świątynia w naszej azjatyckiej karierze oglądaczy świątyń! Przy świątyni setki sklepików z jedzeniem i pamiątkami (są oczywiście skarpetki do japonek!). Są też rikszarze tradycyjnie ubrani.


Pierwszy dzień w Tokio postanowiliśmy zakończyć w restauracji. Tuz obok naszego hostelu jest malutka knajpka serwująca okonomiyaki. Menu było niestety tylko po japońsku, ale były zdjęcia i z wesołymi kucharzami można było dogadać się po angielsku. Jedzenie było przepyszne! Malwinka część imprezy przespała, a jak się obudziła dostała od kelnera żurawia origami.

Wracamy do hostelu i robimy po drodze zakupy – oczywiście nowe benta i sushi, tym razem z Family Markt.

Wydatki:

  • przejazd metrem – 210 Y
  • zakupy spożywcze – 1566 Y
  • park – 300 Y
  • restauracja – 3450 Y za 3 osoby
  • rejs statkiem – 600 Y za osobę
  • lody w parku – 350 Y za kulkę
  • koszulka sumo – 1000 Y
  • zupa miso – 500 Y

Dzień 3 (28.04) – Kamakura i Enoshima

Rano docieramy metrem na Tokyo Station. Wreszcie wymieniamy JR Pass. Tu mała dygresja: chcieliśmy je wymienić na lotnisku, zaraz po przylocie, ale było późno i kolejka do centrum była za 5 min – zdecydowaliśmy wymienić je później…  Zapewne wielu uzna to za oczywistość – jednak gdyby się ktoś zastanawiał, to dobra rada od nas: lepiej zrobić to od razu po przylocie, będzie mniej kłopotu i straconego czasu później. Można sobie wybrać dzień aktywowania, nie musi się zaczynać w dniu wymiany.

Korzystając z okazji robimy rezerwację miejscówek na pociąg do Kioto.

Na dworcu odkryliśmy, że na każdej stacji są wystawione stempelki i można zebrać całą kolekcję pieczątek! A dokładnie 77. :)

Dzisiaj tez nasza gromadka się rozdziela – Gosia zostaje w Tokio, a my wyruszamy do Kamakury – bezpośrednim pociągiem (na JR Pass). Wysiadamy wcześniej na stacji gdzie zaraz zaczyna się spory kompleks ze świątyniami – Engaku. Tam zobaczyć można jeden z największych dzwonów w Japonii –  jest na górce z widokiem na okolice. Jest to też jedna z najważniejszych świątyń buddyzmu zen w Japonii.

Tutaj kupujemy nasze notesiki na świątynne wpisy czyli – goshuinchō. Sami na to nie wpadliśmy – wiemy dzięki fantastycznej skarbnicy wiedzy o Japonii: Japonia Bliżej.

To jedno z lepszych miejsc żeby to zrobić. Pani była przemiła i były wystawione trzy wzory do wyboru. W Kamakurze, przy Wielkim Buddzie, znacznie więcej turystów i może być trudniej. Teren ze świątyniami jest spory. Są tam małe cmentarze, laski bambusowe i budynki kryte strzechą!

Wychodząc ze świątyń, na dole w sklepiku czekały na nas już gotowe wpisy w naszych notesikach. Niestety przy okazji spłukaliśmy się z kasy… a ponieważ była niedziela, to żaden z okolicznych bankomatów nie zechciał nic wypłacić. Sprawdziliśmy ich ze cztery, w każdym wszystkie karty – bez powodzenia. Jeden nawet połknął kartę i nie chciał jej oddać – trzeba było złapać za słuchawkę obok bankomatu i dogadać się z panią z infolinii banku, jakimś cudem się udało.

Jedziemy zatem do centrum Kamakury – kolejka z Kamakury do Enoshimy jest niestety prywatna, nie objęta JR Pass… czyli płatna dodatkowo. Niestety za bilet na stacji zapłacić kartą się nie uda (w Chinach można :p ), tak więc wracamy do polowania na bankomat. Pomógł nam w końcu spotkany Amerykanin i grupa Australijczyków – podpowiedzieli, że w 7eleven są bankomaty, które działają zawsze. Jak na złość w okolicy dworca nie było ani jednego sklepu tej sieci – ruszyliśmy zatem w kierunku Wielkiego Buddy na piechotę. Po drodze trafił się w końcu 7eleven – byliśmy uratowani!


W sumie problemy z bankomatami ukradły nam ok. 2 godziny z tego dnia. Mimo wszystko możemy polecić ten 15-20 minutowy spacerek do świątyni Daibutsu i oglądanie po drodze ciekawych sklepików i dekielków na ulicy.


Budda faktycznie robi wrażenie – pomnik jest ogromny. Można do niego wejść, ale kolejka była spora. Zdobyliśmy też kolejny wpis do naszego świątynnego notesika. Po małym pikniku w cieniu Buddy ruszamy do Enoshimy.

Wracamy na dworzec i trzeba się znowu przebić przez ogromne tłumy na ulicy. Po drodze skusiły nas lody – znowu przepyszne z oreo (spodziewajcie się wkrótce na Degusto przepisu na mrożoną kawę z oreo) i porzeczkowe – ale o smaku czerwonych porzeczek!

Gdy dochodzimy na stację kolejki nie jest nam już wesoło – właśnie odjeżdżają pociągi w obie strony, kompletnie zapchane! A na peronie nadal stoją ludzie! Udało się nam jednak dostać na peron, a potem do kolejki. Tłum był jednak ogromny. Wszyscy prawie wysiedli w Enoshimie. Wreszcie widzimy morze!

Mostem dostajemy się na wyspę. Marek idzie zdobywać świątynie i 300 schodów do niej prowadzących aby potem zadzwonić Dzwonem Smoczej Miłości, A ja siedzę z widokiem na morze i się opalam. Malwinka śpi. :)
Niestety brakło nam czasu żeby zobaczyć całą wyspę – zobaczcie co nas ominęło TUTAJ.

Na wyspie byliśmy prawie do zachodu słońca. Gdy słońce nie świeciło już tak mocno, zobaczyliśmy na horyzoncie zarys Fuji! Jakaż ona jest ładna!

Z Enoshimy postanowiliśmy wydostać się nie tak jak przyjechaliśmy, tylko kolejką Shonan Monorail (wysoki budynek zaraz przy dworcu tradycyjnej kolejki). Tutaj nie było tłumu i błyskawicznie dotarliśmy do Ofuna.

Ze stacji końcowej widać gigantyczną głowę posagu boginii – pewnie Kannon.

Do Tokio dotarliśmy kolejka z Ofuny na JR Pass. Na dworcu widzieliśmy kilka „lolitek” a z tą najbardziej okazyjną mamy zdjęcie.

Wydatki:

  • Metro – 110 Y
  • Kolejka do Kamakury – na JR Pass
  • Kolejka do Enoshimy – 250 Y za osobę
  • Monorei Enoshima – Ofushima – 300 Y za osobę
  • lody – 400 Y
  • Wstępy do świątyni – 300 Y
  • Książeczka i wpis – 1500 Y
  • Wpis w świątyni z wielkim Buddą – 300 Y

Dzień 4 (29.04) – Tokio – Kioto

Wielkich planów na dziś nie mieliśmy, ale żeby tak nic, to się nie spodziewałam… Gosia pojechała bladym świtem do Osaki. My mieliśmy wstać rano – i na planach się skończyło. Chcieliśmy zostawić torby w przechowalni na głównym dworcu i nic z tego. Wszystko zapchane, a do jedynej przechowalni, gdzie jeszcze były miejsca, gigantyczna kolejka… Golden Week. Szkoda, że nie zostawiliśmy bagaży w hostelu. Reasumując – dobrze, że późno wygrzebaliśmy się z hotelu, bo byłby problem co zrobić z czasem i torbami. A tak spokojnie ;) odkrywamy sobie dworzec główny i oglądamy boskie Shinkanseny.

Droga do Kioto minęła błyskawicznie, 2 godziny i jakieś 450km. Pociąg faktycznie bardzo wygodny. Przy rezerwacji prosiliśmy o miejsce na większy bagaż (są takie z przodu i tylu wagonu).

W Kioto do hostelu Haruya docieramy w końcu metrem, ale jednak wygodniej poruszać się po mieście autobusami (100, 101, 102 jadą do wszystkich atrakcyjnych turystycznie miejsc).

Zaczynamy nasza przygodę w Kioto! Mam nadzieje, że nas nie rozczaruje, bo jesteśmy nastawieni że będzie niesamowicie. ;)

Po Tokio mamy mieszane uczucia… w sumie podobnie jak w Chinach tylko duuużo drożej. Niby nowocześnie i czysto, ale w Singapurze, czy Szanghaju było BARDZIEJ… :)

Czy ten artykuł był dla Ciebie pomocny?

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, jeśli nasza twórczość jest dla Ciebie inspirująca i korzystasz z niej przy planowaniu wycieczek bliższych i dalszych, to będzie nam niezmiernie miło jeśli od czasu do czasu odwdzięczysz się fundując nam kawę. :)

Doda nam to sił i energii do tworzenia kolejnych ciekawych i inspirujących treści.

To też może Cię zainteresować

9 komentarzy

JaponiaBlizej. 1 sierpnia 2013 - 12:45

Faaaaajnie. :)

Odpowiedx
rymi 2 sierpnia 2013 - 10:21

Och, tęęęęskno jeszcze bardziej. Dzięki za to, że mogłam jeszcze raz podróżować (choć tylko w myślach) po Japonii. Ten budynek ze złotym płomieniem to siedziba Asahi, czyli koncernu, który produkuje między innymi piwo – właśnie ten złoty płomień ma niby oznaczać piankę na browarze. Yyyy, mi ten kształt przypomina raczej plemnika. A córka naprawdę kawaii. Zamierzam przeczytać też inne Wasze wpisy. Widzę, że także jesteście w lipcowym konkursie Japonii On-line : ) Też mam tam dwie foty – para weselna i sklep z rzeczami wytworzonymi przez osoby niepełnosprawne. Aaa co do zielonych lodów, to może były o smaku zielonej herbaty albo pistacji, albo ziół? A w sumie smak trawy w Japonii nie zdziwiłby mnie : >
Świetny blog. Subskrypcja kliknięta i lajk na fanpejdżu też : D

Odpowiedx
Marek 2 sierpnia 2013 - 10:42

Dzięki za miłe słowa :)
Te lody to na pewno nie była herbata (pytaliśmy), ani pistacje – zostają zioła. ;)

Odpowiedx
Kasia D. 9 sierpnia 2013 - 20:10

jeeej! no to córeczka Wam świat zwiedzi zanim pierwsze sisiu na nocnik zrobi! :*

buźka :)

Odpowiedx
anna 15 kwietnia 2014 - 7:34

Witajcie, chcialabym sie zapytac gdzie mozna dostac stempelki na stacjach? Proszę o dokladniejszy opis gdzie szukac. Pozdrawiam:)

Odpowiedx
Marek 15 kwietnia 2014 - 12:34

Zazwyczaj gdzieś przy wejściu – w okolicach bramek, gdzie sprawdzane są bilety.
Na dużych stacjach może być problem ze znalezieniem, ale wystarczy zapytać kogoś z obsługi (pokaż pieczątki, które już masz, domyślą się o co chodzi). :)

Odpowiedx

Pozostaw komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Prawo UE zobowiązuje nas do poinformowania Cię, że ta strona wykorzystuje ciasteczka, głównie w celach analitycznych. Jakkolwiek apetycznie by to nie brzmiało, zostałeś poinformowany. Dalsze korzystanie z tej strony oznacza akceptację tego faktu. :) Rozumiem i akceptuję Więcej informacji