Zaczęło się koszmarnie… A miało być tak pięknie! Pogoda od rana była fantastyczna. Ochoczo ruszyliśmy z Tbilisi ku granicy z Armenią i nagle okazało się, że do granicy możemy poruszać się co najwyżej 15-20 km/h. Droga była koszmarna – dziura za dziurą! Jednak gdy wjechaliśmy wreszcie na nieco lepsza drogę widoki zrekompensowały wszystko. Armenia to piękne krajobrazy – góry, zielone doliny, skały, klasztory i pyszne jedzenie. I drogi jednak nie zawsze takie koszmarne…


Komfortowe domki na skraju roztoczańskiego lasu, w cichej i spokojnej okolicy pośrodku Roztocza. Idealne do aktywnego wypoczynku lub błogiego lenistwa... :)
Zobacz, zachwyć się, zarezerwuj!
Zmaltretowani fatalną drogą i świadomością marnowania czasu na dojazd, w końcu wylądowaliśmy na granicy. Formalności po stronie Armeńskiej długo trwały i na okładkę Marek usłyszał wykład o zbawiennej roli armii radzieckiej w czasie II Wojny. (pamiętajcie, w Armenii raczej nie warto afiszować się brakiem sympatii do Związku Radzieckiego)

Dopiero o 11 jesteśmy w pierwszym miasteczku z granica. Wygłodniali rzuciliśmy się najpierw na bankomat a zaraz potem na spory sklep spożywczy. Z głodu tu nie zginiemy – chleb, podobnie jak w Gruzji jest przepyszny i dostępny na każdym rogu.



Okazuje się, że znowu podążamy Jedwabnym Szlakiem!

Nasza trasa prowadzi tuż obok jeziora Sewan – po cudownych łąkach i łagodnych pagórkach mamy teraz przed sobą gigantyczne jezioro. Jezioro Sevan to słodkowodny zbiornik o powierzchni ok. 1250 km kw. i jedno z największych jezior wysokogórskich świata.


Miejscem które chcieliśmy zobaczyć na trasie, był cmentarz we wiosce Noratus. Słynie on z pięknie rzeźbionych kamiennych płyt – chaczkarów.






Najstarsze chaczkary (kamienne krzyże wotywne) są tutaj nawet z X wieku. Są one charakterystyczne dla kultury Ormian, i jak czytaliśmy, tam gdzie mieszkają Ormianie są i chaczkary. Pierwsze zaczęły pojawiać się już w IV wieku i z biegiem wieków sztuka ich zdobienia coraz bardziej się doskonaliła.
Co ciekawe, nawet teraz sztuka tworzenia ozdobnych krzyży kwitnie – na cmentarzu w Noratus widzieliśmy współczesne i były to naprawdę dzieła wysokiej klasy!

W naszej wędrówce po Armenii będziemy je spotykać na każdym kroku – w monastyrach, na ścianie kościołów i oczywiście na cmentarzach.
Nawet w Krakowie spotkamy chaczkar przy kościele św Mikołaja na ul. Kopernika. Obiecuję, że jego zdjęcie się tutaj pojawi. Więcej o nich możecie przeczytać TUTAJ.
Zaraz po przyjeździe na parking przy cmentarzu okazało się, że cmentarz jest pełen ludzi, na ulicy tworzyły się korki, a w oddali było słychać muzykę. Dobrze się domyślacie – był pogrzeb. A właściwie jego zakończenie. Ruszyliśmy w kierunku muzyki i w nowszej części cmentarza zobaczyliśmy przygotowania do ostatniej części ceremonii. Właśnie zostały rozstawione stoły i błyskawicznie zaczęły się na nich pojawiać półmiski z jedzeniem, kieliszki i przeróżne napoje…




A co z zabytkowymi chaczkarami? W końcu ruszyliśmy w ich kierunku. Tym bardziej, że pogoda zmieniała się dosłownie z minuty na minutę. Gdy przyjechaliśmy było piękne słonce i błękitne niebo. Gdy odjeżdżaliśmy chmury wisiały nisko i zanosiło się na porządną ulewą. Niestety zdjęcia najpiękniejszych chaczkarów robiliśmy już bez słońca. Szkoda…





Wydawało się, że po wątpliwych przyjemnościach na początku spotkania z Armenią (kiepska droga), już będzie tylko tak sielankowo, jak krajobrazy za oknem. Niestety.. Przed nami jeszcze ok 200 km do Goris. Całą trasę towarzyszył nam deszcz. Mało wątpliwych atrakcji? Proszę bardzo – na przełęczy Vorotan, na wysokości 2344 m n.p.m padał też śnieg a temperatura spadła do 2 stopni…


Tylko z okna samochodu mogliśmy podziwiać piękny kamienny karawanseraj poniżej przełęczy Selim (2410 m n.p.m.). Czyli znowu podążaliśmy dawną trasą Jedwabnego Szlaku!
Nocleg zaplanowaliśmy w Goris. Na szczęście udało się nam tam dotrzeć – choć na początku mieliśmy wątpliwości mając takie opóźnienie przez złą drogę. Szkoda tylko, że tak późno tu docieramy – miasteczko jest niesamowicie malowniczo położone – na tle wzniesienia upstrzonego charakterystycznymi skałkami. Po południu jest najładniejszy widok!

Nocleg znajdujemy w Hotelu Goris – wielkie gmaszysko częściowo tylko wyremontowane. Jednak pokoje w części po remoncie są czyste i całkiem ładne. Porzucamy bagaże i biegniemy szukać miejsca na kolację, żeby wreszcie skosztować słynnej armeńskiej kuchni. Niestety kiepsko trafiamy – na szczęście następnym razem będzie już tylko lepiej.
Wydatki:
Hotel Goris – 12 000 za pokój utargowane z 17.
